Lut 03
2009

Witaminy z TygryskiemOd dziś zaczynam pokazywać polskie absurdy. Wszyscy je znacie? Więc będzie okazja „wymienić doświadczenia”.

Na początek o porannej wizycie w dąbrowskim szpitalu i rozmowie z panią aptekarką (pardąsik: panią farmaceutką).

(na zdjęciu: pudełko dziecięcych witamin)

Córka uskarżała się na bóle pęcherza. Uradziliśmy więc z żoną, że trzeba dziecku zrobić standardowe badanie moczu. Ponieważ tzw. materiał do badań w przychodni rejonowej przyjmuje się do określonej godziny, do której czasami dziecko się nie wysika (pardąsik: odda materiał do badań), postanowiliśmy, że zawiozę tenże materiał do szpitalnego laboratorium. Zmuszać małej nie miałem zamiaru. Zrobiła co trzeba – pojechałem.

To, że laboratorium szpitalne nie przyjmuje materiału do badań, nie było dla mnie największym zaskoczeniem. Zamiast normalnie oddać pojemniczek, jak zwykle, w laboratoryjnym okienku, zostałem wysłany na drugi kraniec szpitala, gdzie zorganizowano „pokój pobrań”. Specjalnie do wiadomego celu zorganizowano oddzielny pokój! Zatrudniono dwie panie! I dalej – pobierać materiał, znaczy przyjmować (bo przecież został już pobrany do pojemniczka), że aż miło. Myślę sobie: „spoko sprawa – jest bezrobocie (coś wiem o tym), to trzeba generować nowe miejsca pracy”. A w tym nowym miejscu pracy siedzą dwie kobitki – jedna wpisuje do zeszytu, daje naklejkę na pojemniczek i zbiera kasę, a druga… w tym czasie czytała gazetę.

Nie było też dla mnie zaskoczeniem, że „zgodnie z Konstytucją” za bezpłatne usługi medyczne w tym kraju nie płaci Ministerstwo Zdrowia tylko pacjent, więc wysupłałem 5 złociszy i opłaciłem wykonanie badania. Dziecku nie będę odmawiał. Normalne – przychodzę „prywatnie”, wykładam kasę, robią badania, zabieram wyniki i sprawa załatwiona.

Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy pani, nazwijmy ją Przyjmowaczka Materiału, poprosiła o podanie numeru PESEL mojego dziecka! I to już nie było normalne! Do czego w tym przypadku potrzebny jest numer PESEL? Przez jakiś czas (chociaż nie miałem go wiele) próbowałem logicznie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Bezskutecznie. Słuchajcie! To jeszcze nic! Żebyście widzieli oburzenie pani Przyjmowaczki, kiedy jej oświadczyłem, że najnormalniej w świecie nie pamiętam numeru PESEL swojego dziecka. Mam prawo? Chyba tak. Odrzekła, że „to dla mojego dobra” (cholera wie, dlaczego?) i, że „powinienem sobie wpisać w guglach, to będę wiedział”. I dzięki temu stwierdzeniu przekonała mnie definitywnie, że sekcja „Absurdy” pojawiła się w niniejszym blogu. Bo, słuchajcie, ha, ha, ha! Nie dość, że latam z sikami (pardąsik: z materiałem do badań) po całym szpitalu (przy wejściu brak jakiejkolwiek informacji – sprawdzałem trzykrotnie), płacę za darmowe usługi, to jeszcze pani Przyjmowaczka wymaga ode mnie posiadania komputera z dostępem do internetu, kiedy do niej przychodzę! A co? „Bedzie mi tu bez gugli wchodził?”

Teraz apteka.

Podjechałem, żeby kupić dzieciakom witaminy. Zima i grypa nie odpuszczają, osłabione są, pomidory smakują obecnie jak zeszłoroczne liście, to chociaż niech się takimi witaminami wzmocnią. Pamiętałem, że niedawno brały witaminy w tabletkach, które kupowałem w pudełkach z wizerunkami postaci bajek Disneya. Więc odstawszy swoje w aptece, mówię pani farmaceutce, że „proszę o witaminy dla dzieci w tabletkach; na pudełku są postacie z Kubusia Puchatka, czy coś w tym stylu”. Pani zaczyna grzebać na półce i z wrodzoną sobie flegmą (podejrzewam, że pochodziła z Newcastle lub York) mówi „niestety, nie mogę panu sprzedać, bo mamy obecnie tylko z Tygryskiem lub z jakimś osiołkiem”.

Pal licho, że biednego Kłapoucha nazwała „jakimś osiołkiem”… Ale na miłość boską! Uczelnie, kształcące farmaceutów! Powiedzcie im, że akurat w przypadku lekarstw, ważne jest to, co w środku, a nie obrazek na opakowaniu! Podsumowując – zdecydowałem się na te z Tygryskiem, a kolejka za mną zgrzytała zębami, że aż chyba w Moskwie było słychać.

Teraz idę przemyśleć swoje życie. A przynajmniej poszukać w „guglach”, do czego potrzebny jest numer PESEL w przypadku płatnego badania moczu. Może to jakaś nowa świecka tradycja?

Autor Dariusz Rekosz



Ten artykuł nie jest komentowany.