Sty 29
2009

Dariusz RekoszSzanowni Państwo,

Dzisiaj próbka mojego autorskiego tekstu kabaretowo-komediowego.
Miłego czytania i dobrej zabawy!

Często jest tak, że rzeczy wydają się nam takie, jakie przedstawią je nam inni, a nie takie, jakimi w rzeczywistością są. Nie wiem czy w pełni zrozumiałym jest to moje pierwsze zdanie, ale pewne zdarzenia alkoholowe miały na mnie ostatnio duży wpływ, więc…

Nie, nie żebym pił dzień i noc – broń Boże! Aczkolwiek to, o czym chciałbym państwu opowiedzieć, JAKIŚ związek z alkoholem ma.

Nie od dziś wiadomo, że Polacy lubią wypić. Tak się jakoś utarło… Z drugiej strony, wiadomym jest także, że Polacy lubią pośpiewać. Prawda, że lubicie? No jasne, że nie chodzi tu o „Góralu, czy ci nie żal”, albo „Szła dzieweczka”. Tak ogólnie. Lubicie podśpiewywać? Bo ja właśnie o śpiewaniu chciałbym opowiedzieć. Więc ci, co myśleli, że omówię budowę aparatu, zamieniającego zboża lub ziemniaki w napoje orzeźwiające mogą się teraz zdrzemnąć.

Wstęp się zrobił taki alkoholowo-aspołeczny… ale spróbuję dalej. Najpierw, tak zwany, rys historyczny. Właściwie, to muszę rozpocząć od powstawania piosenek. Bo co? Kiedyś było tak, że autor tekstu i autor muzyki, spotykali się na… galaretce wiśniowej, a jak akurat w danym lokalu nie było, to musieli zadowolić się galaretką wieprzową… Tak, tak, nie śmiejcie się. Kiedyś były ciężkie czasy. Ja sam pamiętam, jak poszedłem kupić loda śmietankowego, a wróciłem z piwem.

Więc ci dwaj autorzy – muzyki i słów – przekąszając galaretą… Aha, zapomniałbym powiedzieć, że do tego musieli kupić coś do picia. Nie tylko dlatego, że w galarecie wieprzowej, zamiast wieprzowiny był papier toaletowy… i suchość w gardle wcześniej, czy później nastawała, ale także dlatego, że takie były przepisy. Oczywiście. Znana już kawa i wuzetka, lub galareta i wiadomo co… Obowiązkowo. Więc siedzieli ci dwaj biedacy w lokalu i po kilku… galaretach dochodzili do wniosku, że fajnie byłoby napisać piosenkę. A potem, to już z górki. Bo tematów społecznych nie brakowało, a wystarczyło się rozejrzeć wokół, żeby stworzyć prawdziwy przebój. W tenże sposób zdradziłem niechcący, jak powstały „Kawiarenki”… albo na przykład „Bananowy song”… Skoro piosenki powstawały przy galarecie, to trzeba było te tematy kulinarno-garmażeryjne gdzieś zamieścić.

Teraz jest trochę inaczej. A jak jest teraz? Zgadza się! Nie ma galarety…

Ale i tworzenie przeistoczyło się w inny proces. Teraz na początku musi być agent i menedżer. Albo taki show&go, czyli trzy w jednym – agent, menedżer i psychoanalityk marketingowy… Tak, tak. Ten ostatni jest najważniejszy. Marketingowy psychoanalityk, żeby zlecić napisanie piosenki musi nieźle kombinować i zbierać dane. Co się teraz podoba? Jaka jest pora roku? Na co ludzie chodzą do kina? Czy Zbyszek puścił taśmę od tyłu? Ile wzrostu ma prezydent… Musi wiedzieć dosłownie o wszystkim. Wiecie… Oczy dookoła głowy i taki Darth Vader pop-kultury – udawać, żeledwie dyszy, a i tak dać w pysk tym, co potrzeba…

Mniejszy kłopot, jak taki Lord Sik jest nie całkiem trzeźwy. To, tutaj nie zdąży na konferencje prasową, tam mu tramwaj marynarkę przytnie, a gdzie indziej odwarknie to swoje „spieprzaj, dziadu” i ocali nieszczęśnika przed zabójczym ciosem wirującej ciupagi…

Więc, kiedy tylko jest lekko po jednym, to zaczyna kojarzyć. Podobnie, jak państwo przed chwilą- Polacy lubią galaretę i pośpiewać przy goleniu. Dotyczy to nawet kobiet, chyba, że używają plastrów – nie mylić z plastrami antykoncepcyjnymi… A propos. Wiosną porządkowałem swój ogródek… Phi, też mi ogródek… Jedenaście hektarów i trochę jabłonek… I w czasie tych porządków skaleczyłem się szpadlem w piszczel. Wróciłem do domu, ranę przepisowo obmyłem wodą utlenioną, bo spirytus akurat się skończył… i zakleiłem normalnym plastrem z opatrunkiem. Przyszedł kolega. Fajny kolega. Pożyczyć szklankę przyszedł, bo akurat jedna kuzynka do niego wpadła, a on tylko jedną szklankę ma, więc nie było do czego przepitki nalać. Najlepszą musztardówkę z tego kompletu „Ludwik ’76” mu pożyczyłem… Ale spojrzał na moją nogę z plastrem i mówi: „o! to ty teraz taki trendy jesteś!” Trendy, kurna! Okazało się na drugi dzień, że to nie była woda utleniona, tylko wybielacz do firanek. Ledwo mi nogę uratowali…

Ale wracam do tych marketingowców od tworzenia piosenek. Jak już taki dżolero z żelem na włosach i wzrokiem mętnym jak Stallone po zjedzeniu nieświeżej ryby, dojdzie do tego, co powinien jego idol zaśpiewać, to szybciutko leci do znajomego tekściarza, który wiersze na weselne półlitrówki tworzy, albo inne okolicznościowe kawałki. I mówi mu: „stary, ja mam koncepcję, a ty masz podłoże”- teraz uwaga, będzie cytat, w niektórych kręgach uważany za niecenzuralny – „spłódźmy zajedwabisty hicior!”

I wtedy się dopiero zaczyna płodzenie. Mało tego, że tworzą, to jeszcze wybierają sobie bogu ducha winnego wykonawcę. Najczęściej wykonawca ten ma na imię: Katarzyna, Piotr, Łukasz lub Edyta… Nie wiem, dlaczego, ale rachunek prawdopodobieństwa, przeprowadzony przeze mnie po ostatnich festiwalach, ewidentnie wskazuje na ofiarę o wyżej wymienionych imionach. Dla niepoznaki, wykonawca, czasami przybiera jakiś pseudonim, albo łączy się z zespołem. Dlaczego całe to nieszczęście ma brać na siebie? Jakie są tego efekty?

Otóż jadąc kiedyś samochodem, zaintrygowały mnie zasłyszane w radiu piosenki pewnego popowego zespołu, którego nazwy, pozwolicie państwo, że nie wymienię. Pomimo oszałamiającej prędkości dwunastu kilometrów na godzinę… z Zakopanego wracałem… przygłośniłem radioodbiornik i starałem się zrozumieć płynące do mnie słowa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem, że całkowicie poległem!

Ponieważ podróż z Zakopanego trwała jeszcze kilka dobrych motogodzin… jest taka jednostka – proszę się nie śmiać – słyszałem piosenki tegoż wykonawcy jeszcze kilka razy. To się chyba nazywa lansowanie. Chociaż za studenckich czasów lansowało się koleżanki z młodszych roczników. Najczęściej w akademiku…

Nieważne. Więc, ani razu nie skumałem, o czym ten lekko zachrypnięty facet śpiewa. A śpiewał po polsku! Nie dało mi to spokoju. Kiedy udało mi się szczęśliwie dotrzeć do domu, przejrzałem płytotekę i ze zwątpieniem w oczach stwierdziłem, że nie posiadam tego wspaniałego wykonawcy.

Natychmiast poszedłem do sklepu muzycznego, gdzie wydałem równowartość prawie pięciu Absolwentów… i zakupiłem odpowiednią płytę. Sprzedawca spojrzał na mnie i trochę się zdziwił, bo mówi, że „to takie babskie pioseneczki” i, że „teraz wszystkie małolaty za tym szaleją”. Więc dla dobra sprawy skłamałem, że to dla córki szwagra, na urodziny. To mi jeszcze cztery paczki podpasek dołożył, bo akurat była jakaś promocja. Ale reklamówki to już nie dał! I szedłem tak z babskimi akcesoriami przez pół miasta. I się nie pytajcie, ilu facetów się za mną obejrzało…

Wróciłem do domu z płytą. Dzięki bogatej okładce miałem przed sobą teksty wszystkich piosenek. Do woli mogłem słuchać i czytać. I wczytałem się bardzo dokładnie, bo – pamiętając niedawną jazdę samochodem – usilnie chciałem wychwycić głębię słów. To się fachowo nazywa „analiza tekstu literackiego”, ale wierzcie mi państwo, z tego sformułowania tylko słowo „analiza” jest prawdziwe…

Więc zacząłem analizować….Mój Boże! Obyśmy tylko zdrowi byli…

Pozwolą państwo, że przedstawię teraz pokrótce wyniki swojej analizy.

Piosenka numer jeden – nie będę podawał tytułów, państwo pewnie znacie, to się domyślicie. Rozpatrując poszczególne zwrotki tej piosenki doszedłem do wniosku, że jest to majaczenie kompletnie nawalonego gościa, który zdążył wlać w siebie cirka trzy koma pięć promila… zapadł wieczór, a on nadal chleje. Ale to jeszcze nic. Pije do lusterka!

Uzasadnienie? Proszę bardzo, oto fragmenty tekstu: „jest już ciemno…” Mówiłem, że zapadł wieczór „jest już ciemno, ale wszystko jedno” – jasne, że wszystko jedno – trzy i pół promila? Mnie jest wszystko jedno już przy jeden koma dwa… Ale idźmy dalej… Dokładnie dwie linijki dalej: „piękne usta, jasne dłonie… o boże i mówi tak jak ja”… No ludzie! To już chyba musi być trzy koma osiem, skoro facet się dziwi, że ten z lustra mówi tak samo…

A potem zaraz „myślę sobie, słaby jesteś” – no, tutaj trochę przegiął… Słaby? Przy takiej dawce, żeby się w lusterku nie poznać? Ale to jeszcze nic! Koleś wybitnie potrzebuje towarzystwa, pewnie lepiej mu spożywać w większym gronie. I w końcu zaczyna tego z lusterka wołać do siebie! Ludzie! Ale jaja! Słuchajcie! „Chodź tu do mnie, poczuj się swobodnie”… „Przy mnie bądź”. Rany boskie! Mnie się raz zdarzyło wyjść z imprezy w butach kolegi, chociaż on ma trzy numery mniejszą stopę, ale żeby takie rzeczy? Wołać do siebie w lustrze „chodź tu do mnie”?

I potem jest ten sam bełkot – „chodź tu do mnie”, „zaczaruj mnie”, „przy mnie bądź”… Musiał mieć naprawdę nieźle w czubie. A sprzedawca mi powiedział, że to dla małolatów…

Tak sobie pomyślałem – no cóż, młodzież teraz nie stroni, pewnie się jeden kawałek zdarzył o nadmiernym spożyciu. Inne będą… inne. Puszczam kolejną piosenkę, przewracam kartki z tekstem i… o mój Boże! Powtórzę – obyśmy tylko zdrowi byli! A szczególnie nasze wątroby. Słuchajcie państwo! O mało ze stołka nie spadłem, a w gardle mi zaschło tak, że chciałem wodę z wazonu z kwiatkami wypić. Ale mnie jakaś wewnętrzna siła powstrzymała i przeanalizowałem drugi tekst.

Tym razem było ciekawiej, bo więcej osób. Tutaj podmiot liryczny, czyli bohater piosenki, siedzi sobie z kumplami w lokalu (niekoniecznie z galaretą), no a ci go podpuszczają, żeby poszedł po następną kolejkę, nie wiedząc czy ma jeszcze kasę przy sobie. Koleś trochę się ociąga, czym naraża się na drwiny swoich współtowarzyszy, ale ostatecznie chyba idzie. Zresztą ten tekst pasuje także do tych… no wiecie państwo… grup konsaltingowych, wystających pod sklepami nocnymi. I ta piosenka jest właśnie o takich żulach. Nie wierzycie? Posłuchajcie.

Tym razem zacznę od refrenu: „pokaż, na co cię stać, ale nie jeden raz” – wybitnie podpuszczają kolesia, żeby wrócił z kilkoma flaszkami. A dalej: „piękne słowa mówią wszystko, lecz nie zmienią nic” – co oznacza „nie wykręcaj się, stary, tylko leć”. I to „leć” w dosłownym znaczeniu, słuchajcie państwo: „możesz iść szybciej, niż niejeden chciałby biec”. Widzieliście cwaniaczków? Na ambicję mu wjeżdżają. A ponieważ nieszczęśnik postanowił nieco grać na zwłokę i pije napój rozweselający przez słomkę, to delikatnie zwracają mu uwagę: „zabawnie tak oddychać przez różową słomkę”. Ale ostatecznie nie dają za wygraną: „możesz tak znów zapomnieć się” i dalej „pokaż na co cię stać”, „pokaż na co cię stać”.

Matko święta! Zacząłem się zastanawiać, czy sprzedawca dał mi dobrą płytę. Obejrzałem dokładnie opakowanie – serce podeszło mi do gardła, kiedy ponownie spojrzałem na cenę, ale nie poddawałem się. Powiedział, że to „babskie pioseneczki”. No to szukam, żeby chociaż wspomniano w jednym zdaniu o jakiejś kobitce. Było ciężko. Ale w końcu… po bardzo dogłębnej analizie… Jest! Co prawda tematyka znowu zbliżona, ale występuje kobieta. Ba! Nawet dwie!

I tym razem także kilka słów wprowadzenia. Ponieważ zacząłem się już przyzwyczajać, że wszystkie piosenki na tej płycie są pisane przez pijaka dla pijaków o pijakach, to treść kolejnej nie była już dla mnie tak ciężkim szokiem, jak w przypadku poprzednich. Tym razem bowiem, znalazłem swego rodzaju opis sytuacji i głębię przeżyć.

Akcja dzieje się na zabitej dechami wsi, w jakimś zapuszczonym domku, w którym… Oczywiście! Facet siedzi i pije i ma już dobre ponad dwa promile, a wódka się kończy. Ale to nie wszystko. Miała być przecież kobieta, prawda? Ale od początku. Bohater utworu żali się: „Już pod koniec dnia, pustej szklanki dźwięk”. No pewnie, a jaka ma być, skoro wokół puste flaszki się walają? A wiecie czym przegryzał? Nieee! Nie galaretą. Posłuchajcie: „w pustej szklance pomarańcze, to dobytek mój”. Na Boga! Nie chcę wiedzieć, co te pomarańcze mogą z człowiekiem zrobić, który ma średnio wyczulony żołądek.

I przez całą piosenkę tak gościu bredzi „już pod koniec dnia, pustej szklanki dźwięk… widzę obraz twój” – to może nawet ten sam obrazz lusterka z pierwszego utworu… Ale na to wszystko wchodzi jego baba! No i miała być kobieta, i jest! Co więcej – nie wchodzi sama, tylko z koleżanką, która przyjechała z sąsiedniej wsi. Tak, tak. I tej koleżance uciekł ostatni pekaes. I teraz chciałaby ją zaprosić do siebie, ale przecież wstyd, że taki ochlajgęba w chałupie siedzi, pije i przegryza pomarańczami, błeee… Kobieta nie ukrywa, że nie jest zadowolona ze stanu fizykalnego swojego męża, który, odwracając głowę daje jeszcze radę zarejestrować, że obie panie o nim dyskutują: „jak anioła głos, usłyszałem ją, powiedziała patrz… tak to on”.

Głupio tak zaprosić kogoś do środka, jak chłop ubzdryngolony. Więc dyskretnie sugeruje koleżance, żeby wróciła do domu na piechotę i wskazuje jej kierunek: „na rozstaju dróg, stoi… bóg – on wskaże ci drogę”. Co oznacza mniej więcej: „przejdziesz koło sklepu GS-u, potem za kościołem w prawo i na rozstaju dróg będzie kapliczka”.

A jakby tego było mało, staremu zbiera się na amory: „już pod koniec dnia, widzę obraz twój… widzę dłonie, czuję serce, to ideał mój”. Więc w tych okolicznościach niezręcznie było tam zostać i koleżanka idzie na wspomniane rozstaje, a potem ku swojej wiosce. Żegnana jeszcze kilka razy słowami: „na rozstaju dróg, stoi… bóg – on wskaże ci drogę”.

Reszty już nie analizowałem, bo zrobiło mi się jakoś… niedobrze. Może to od tych pomarańczy… No, proszę państwa! Jeżeli to miały być babskie piosenki a do tego dla małolatów, to ja proponuję porozmawiać z naszymi dziećmi. I wybijcie im z głowy pomysł bycia agentem marketingowym znanych piosenkarzy. To już lepiej niech będą piosenkarzami – zaśpiewają byle co, a na trasie między Zakopanym i Krakowem puszczą ich w radiu ze dwadzieścia razy.

Obyśmy tylko zdrowi byli…

Autor Dariusz Rekosz



Ten artykuł nie jest komentowany.