Wrz 21
2009

Nad brzegiem Jeziora Genewskiego (Lemańskiego) w LozannieJak wiadomo, Szwajcaria jest dziwnym krajem.

Od wieków neutralna – nie przynależy do żadnych paktów wojskowych, ani unii gospodarczych. A mimo tego – każdy Szwajcar ma karabin w szafie i wszyscy doskonale wiedzą, że jeżeli kasa, to tylko w szwajcarskim banku.

Co jeszcze wyróżnia Szwajcarię w Europie? A może i na Świecie? Bardzo dużo i niewiele zarazem…

Ponieważ do Unii Europejskiej im (Szwajacarom) nie spieszno – bo i po co (?!) – państwo, leżące między Austrią, Niemcami, Francją i Włochami zachowało swoją walutę – franka. I to walutę całkiem stabilną, liczącą się na finansowych rynkach (bo niby dlaczego kredytów u nas udziela się w PLN albo w CHF?).

Brak unijnej przynależności, to także pewne naturalne ograniczenia w zalewie taniej i niekoniecznie inteligentnej siły roboczej. Aby leganie zatrudnić się w Szwajcarii trzeba uzyskać specjalne zezwolenie.

Gospodarka, oparta w przeważającej wielkości na systemie finansowym oraz usługach turystycznych (60% powierzchni kraju to Alpy), plasuje Szwajcarię wśród „droższych” krajów w Europie. W połączeniu z trudnością uzyskania legalnego zatrudnienia powoduje, że Helvetia nie jest tak popularnym kierunkiem emigracji zarobkowej dla Polaków, jak Wielka Brytania, Irlandia, czy Niemcy.

Przelicznik dóbr konsupcyjnych, w stosunku do Polski ma się jak 1:1. To znaczy, że jeżeli w Polsce jakiś ciuch kosztuje 25 PLN, to tutaj – 25 CHF. Czekolada? W Polsce – 3 złote, w Szwajcarii – 3 franki. I tak dalej… A ponieważ najniższe zarobki kształtują się w okolicach 3.500 CHF, to widać jak daleko nam jeszcze do dobrobytu. Aby Polska stanowiła adekwatny poziom życia, przeciętny zarobek większości zatrudnionych musiałby wynosić w naszym kraju około 5-6 tysięcy PLN.

W tym momencie przypomina mi się pewien dowcip, opowiadany w stanie wojennym. Gdy jeden z opozycjonistów mówi do drugiego – „Słyszałeś? Jaruzelski nie żyje!”. „Poważnie?!”. „Nie, ale pomarzyć można…”

Z czym jeszcze zetkniecie się w kraju Wilhelma Tella? Czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Oraz rzeczywista dbałość o ekologię. Jest to dla Szwajcarów tak naturalny odruch, jak dla nas kupowanie chleba. Poza tym – spokój i luz. Uciekł ci pociąg? Bez obawy – zaraz będzie następny. Nie zdążyłeś do metra? Z 4 minuty nadjedzie kolejny skład. Zmęczyły cię zakupy na mieście? Przysiądź w jednej z tysiąca kafejek i rozkoszuj się aromatyczną kawą lub lampką wina. Kolejka przy kasie w markecie? Spokojnie! Nikt nikogo nie będzie poganiał.

I jeszcze jedno – chcesz założyć działalność gospodarczą? Żaden problem. Wystarczy, że oświadczysz słownie (chociażby przy śniadaniu) – „od teraz zakładam firmę Rekosz Company & Czapajew Brothers” i już możesz wystawiać faktury. Rejestracja firmy? Zgłoszenie w urzędzie skarbowym? Jeżeli chcesz odzyskiwać VAT, to i tak się tam pojawisz. Ale dopóki nie przekroczysz pewnego progu dochodów, możesz (na podstawie powyższego oświadczenia) działać jako przedsiębiorca bez jakichkolwiek przeszkód.

Słów kilka o aukcji.
Chodzi tu o aukcję książek z autografami i dedykacjami autorów, w której brałem udział 12. września w Lozannie.

Cena wywoławcza każdego egzemplarza wynosiła 5 franków. Minimalnie można było przebijać o pół franka. W niektórych jednak przypadkach licytacja rozgorzała do takiego stopnia, że trudno było zapanować nad uczestnikami i ich chęcią przebicia wędrującej w górę ceny.

Po zakończeniu aukcji okazało się, że 10 najwyżej wylicytowanych książek, to:

  1. Ko(s)miczna futruna (SJM-2) – D. Rekosz – 40 CHF
  2. Thorgal barbarzyńca – G. Rosiński, J.V. Hamme – 35 CHF
  3. Mors, Pinky i zagadka Ludolfiny – D. Rekosz – 35 CHF
  4. Legendy polskie – W. Chotomska – 32 CHF
  5. Mors, Pinky i zaginiony sztandar – D. Rekosz – 30 CHF
  6. Jan Potocki – F. Rosset – 30 CHF
  7. Mit polski w literaturze francuskiej – F. Rosset – 30 CHF
  8. Kolędy i pastorałki – W. Chotomska – 28 CHF
  9. Moje ulubione drzewo – W. Młynarski – 28 CHF
  10. Marudek i pogodek na wakacjach – E. Zubrzycka – 27 CHF

Jeszcze raz wypada podkreślić, że wysoki poziom imprezy (Kiermaszu i Aukcji) był możliwy dzięki rewelacyjnej i mozolnej pracy, jaką włożyła w całe przedsięwzięcie Joanna Kondracka – Prezes Stowarzyszenia Polskiego w Lozannie, oraz jej koleżanki. Z takimi ludźmi aż chce się współpracować. Szkoda, że nie mieszkają bliżej… 🙂

Autor Dariusz Rekosz



4 komentarze do “Lozanna (4) – podsumowanie i refleksje”

  • Dariusz Rekosz napisał(a):

    Proszę się nie obawiać.
    Tylko Pani go widzi 🙂
    Pozdrawiam

  • Małgorzata z Bazylei napisał(a):

    Dzieki za szybką reakcję. Proszę wykasowyć mój adres e-mailowy ze strony, bo miał być ukryty a widać go wyraźnie, nie wiem czy tylko ja go widzę?

    pozdrawiam

  • Dariusz Rekosz napisał(a):

    Szanowna Pani Małgorzato,
    Serdecznie dziękuję za tak wnikliwą ocenę mojej twórczości.
    Zaręczam Panią, że książki mojego autorstwa, które popełniłem z myślą o starszych czytelnikach, nie stanowią jakiegokolwiek ewenementu w skali kraju,a słownictwo w nich zawarte jest mniej niż umiarkowane.
    Jak napisał wydawca na okładce – „…Autor nie miał na myśli stworzenia dzieła literackiego, a jedynie rozbawienie czytelników paranoiczną, alternatywną historią Polski.”
    W związku z powyższym nie należy ich traktować poważnie, bo do miana „dzieła” nie kandydują. Co więcej, okazało się, że na podstawie SJM napisano scenariusz filmowy (daj Panie Boże żebym doczekał ekranizacji), a w internecie aż roi się od pozytywnych wibracji w temacie tej książki.
    Szyfr Jana Matejki, to nie Potop. Nie warto więc zżymać się, że „taki sympatyczny autor książek dla dzieci popełnił takie książki dla dorosłych.” Proszę być dobrej myśli – to nie są jedyne i ostatnie teksty, które popełniłem dla dorosłych. W odwodzie czekają już na wydanie książki sensacyjno-kryminalne, pisane tym razem „na serio”.
    A słownictwo? Cóż – proszę zajrzeć chociażby do bardziej znanego niż Rekosz, Jakuba Ćwieka i jego „Gotuj z papieżem”. Polecam dwa pierwsze zdania tej książki. Przy nich mój Szyfr wyda się Pani bajeczką dla gimnazjalistów. W Polsce SJM jest czytany rodzinnie, a nierzadko na głos.
    Koniec kadzenia samemu sobie.
    Reasumując – ja doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że każdy czytelnik ma swój osobisty, wyrobiony gust. I cieszę się, że Pani podzieliła się nim z nami. Bardzo mi miło.
    AHA! Zapomniałbym dodać – „Ko(s)miczna futryna” została napisana na WYRAŹNE życzenia czytelników (żądania wręcz).

  • Małgorzata z Bazylei napisał(a):

    Panie Dariuszu, spotkaliśmy się w Lozannie na kiermaszu, gdzie zakupiłam kilka Pana książek. Te dla dzieci są świetne, ale te dla dorosłych mnie rozczarowały. Myślałam, że będę mogła je w naszej szkolnej bibliotece wypożyczać starszym uczniom, ale nie wiem czy to jest dla nich odpowiednia literatura.
    To chyba nie Pan te książki napisał. Jestem zniesmaczona słownictwem. Czy współczesna literatura musi naginać się do mizernego poziomu polszczyzny, którą słyszymy na każdym kroku? Szkoda, że taki sympatyczny autor książek dla dzieci popełnił takie książki dla dorosłych.

    Małgorzata z Bazylei